Matka Teresa z Kalkuty - święta czy potwór?

Po jednym z ostatnich wpisów o Matce Teresie z Kalkuty przeczytałam wiele komentarzy, w których nazywano ją „potworem”, zarzucano jej celowe zadawanie cierpienia chorym, odmawianie leków przeciwbólowych, gromadzenie ogromnych pieniędzy i przyjaźnie z ludźmi, z którymi zdecydowanie nie powinna się przyjaźnić.

Mogłabym oczywiście odpowiedzieć najprościej: Kościół uznał ją za świętą i na tym zakończyć dyskusję. Tyle że nie o to chodzi. Jeśli pojawiają się poważne zarzuty, warto je sprawdzić. Nie po to, żeby za wszelką cenę bronić osoby, którą cenimy, ale żeby oddzielić fakty od opinii i internetowych historii powtarzanych tak długo, aż zaczęły funkcjonować jak pewniki. I rzeczywiście – nie wszystko, co dotyczy działalności Matki Teresy, jest wolne od uzasadnionej krytyki.

Najpoważniejsze zastrzeżenia dotyczą opieki medycznej w prowadzonym przez Misjonarki Miłości domu Nirmal Hriday w Kalkucie. W 1994 roku odwiedził go Robin Fox, lekarz i ówczesny redaktor prestiżowego czasopisma medycznego „The Lancet”. Jego relacja nie jest wymysłem przeciwników Kościoła. Artykuł naprawdę został opublikowany. Fox krytykował sposób diagnozowania pacjentów, niewystarczającą obecność lekarzy oraz brak silnych środków przeciwbólowych. Określił opiekę medyczną jako niesystematyczną.

To trzeba powiedzieć jasno: z punktu widzenia medycyny były tam rzeczy, które zasługiwały na krytykę. Nie będę więc twierdziła, że każdy zarzut wobec placówek Matki Teresy został wymyślony.

Tyle że właśnie w tym miejscu zaczyna się problem z internetową wersją tej historii.

Z faktu, że opieka medyczna pozostawiała wiele do życzenia, bardzo szybko przechodzi się do twierdzenia: „Matka Teresa celowo nie dawała ludziom leków przeciwbólowych, ponieważ chciała, żeby cierpieli”. To już nie jest to samo.

Po publikacji Foxa „The Lancet” opublikował komentarze dotyczące jego tekstu. Zwracano w nich uwagę między innymi na ogromny problem dostępności morfiny w ówczesnych Indiach. PubMed do dziś indeksuje tę dyskusję jako dotyczącą właśnie dostępności i dystrybucji morfiny oraz opieki nad osobami umierającymi.

Nie oznacza to, że wszystkie niedostatki opieki można w ten sposób usprawiedliwić. Oznacza natomiast, że sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana niż popularne zdanie: „miała morfinę, ale nie dawała jej ludziom, żeby bardziej cierpieli”.

Na takie świadome działanie nie znalazłam wiarygodnych dowodów.

Matka Teresa rzeczywiście mówiła o cierpieniu językiem, który dziś – zwłaszcza osobom spoza chrześcijaństwa – może wydawać się trudny. Widziała w nim możliwość zjednoczenia z cierpiącym Chrystusem. Ale chrześcijańskie przekonanie, że cierpienie może otrzymać duchowy sens, nie jest tym samym co przekonanie, że należy cierpienie zadawać albo odmawiać jego łagodzenia.

Kiedy przeczyta się jej przemówienie noblowskie, trudno znaleźć w nim obraz kobiety fascynującej się bólem innych ludzi. Jest za to ciągle powracająca myśl o człowieku głodnym, chorym, bezdomnym, niechcianym i pozbawionym godności. Matka Teresa mówiła, że ubodzy nie potrzebują litości, lecz miłości, szacunku i traktowania ich z godnością. Opowiadała też o zabieraniu ze street ludzi, którzy wcześniej umierali pozostawieni sami sobie.

To oczywiście nie jest dowód na wysoki standard medyczny jej placówek. Jest natomiast czymś zupełnie innym niż obraz kobiety, której celem miałoby być zadawanie cierpienia.

Jest jeszcze zarzut dotyczący pieniędzy i tutaj również sprawa nie jest czarno-biała.

Matka Teresa przyjmowała pieniądze od ludzi, których działalność okazała się głęboko nieuczciwa. Najbardziej znanym przykładem jest amerykański finansista Charles Keating. Po jego problemach z prawem Matka Teresa napisała list do sędziego, prosząc o okazanie mu miłosierdzia. Prokurator Paul Turley odpowiedział jej, wyjaśniając, że pieniądze Keatinga pochodziły między innymi od tysięcy ludzi pokrzywdzonych jego działalnością. To wydarzenie jest udokumentowane.

Czy Matka Teresa wykazała się tutaj naiwnością i bardzo złą oceną człowieka? Moim zdaniem można tak powiedzieć.

Podobnie trudno bronić jej kontaktów z haitańskim reżimem rodziny Duvalierów. W 1981 roku spotkała się z Michèle Duvalier, wypowiadała się o niej bardzo życzliwie i przyjęła haitańskie odznaczenie. To także jest wydarzenie, które można krytykować.

Tylko znowu – czym innym jest stwierdzenie: „Matka Teresa niewłaściwie oceniła niektórych ludzi i przyjmowała pomoc od osób, od których nie powinna jej przyjmować”, a czym innym: „Matka Teresa była potworem”.

W dyskusjach pojawia się również temat ogromnych darowizn. Przejrzystość finansowa zgromadzenia była i jest rozsądnym tematem do pytań. Nie znalazłam jednak rzetelnego potwierdzenia internetowych opowieści, według których Matka Teresa miała zgromadzić dla siebie gigantyczny prywatny majątek albo osobiście przywłaszczać pieniądze przeznaczone dla ubogich.

Warto też uważać na mieszanie różnych rzeczy: pieniędzy przekazywanych międzynarodowemu zgromadzeniu, jego majątku, środków poszczególnych domów i rzekomego „majątku Matki Teresy”. To nie są pojęcia zamienne. Dziś Misjonarki Miłości publikują informacje finansowe, a ich brytyjski trust składa publiczne sprawozdania do Charity Commission. Nie rozstrzyga to oczywiście wszystkich pytań dotyczących finansów sprzed kilkudziesięciu lat, pokazuje jednak, jak ostrożnie trzeba podchodzić do sensacyjnych liczb krążących w internecie.

Skąd więc tak skrajnie negatywny obraz Matki Teresy?

Ogromny wpływ miał Christopher Hitchens – znakomity polemista, ale jednocześnie zdecydowany przeciwnik religii i jeden z najbardziej znanych krytyków Matki Teresy. To właśnie jego film i książka spopularyzowały wiele zarzutów, które później zaczęły żyć własnym życiem. Nie oznacza to, że wszystko, co opisywał, należy odrzucić. Część wskazywanych przez niego faktów rzeczywiście zasługuje na uwagę. Problem pojawia się wtedy, gdy interpretację autora zaczyna się przedstawiać jako bezsporny fakt historyczny.

Po przeczytaniu zarówno krytyki, jak i źródeł, na które powołują się jej autorzy, nie widzę podstaw do tworzenia z Matki Teresy postaci bez skazy. Widzę natomiast jeszcze mniej podstaw do nazywania jej „potworem”.

Widzę kobietę, która rozpoczęła pracę wśród ludzi umierających na ulicach Kalkuty, założyła w 1950 roku Misjonarki Miłości, a zgromadzenie rozrosło się później do tysięcy sióstr i setek placówek zajmujących się między innymi chorymi, bezdomnymi, osobami z trądem, dziećmi i ludźmi umierającymi.

Widzę jednocześnie kobietę, która popełniała błędy, której niektóre decyzje organizacyjne można podważać i która czasami zdecydowanie zbyt łatwo ufała ludziom posiadającym pieniądze i władzę.

I tu dochodzimy do rzeczy bardzo ważnej dla katolika.

Kanonizacja nie jest orzeczeniem, że człowiek nigdy się nie pomylił. Świętość nie oznacza nieomylności w zarządzaniu placówką, ekonomii, medycynie czy ocenie polityków i darczyńców. Kościół nie kanonizuje życiorysu, w którym każda decyzja była idealna. Kanonizuje człowieka, którego życie w swojej zasadniczej drodze było heroicznym świadectwem wiary i miłości do Boga.

Dlatego nie boję się czytać krytyki Matki Teresy.

Wiara nie potrzebuje przemilczania faktów.

Ale nie potrzebuje również przyjmowania każdego oskarżenia tylko dlatego, że zostało napisane setki razy w internecie.

Możemy powiedzieć uczciwie: tak, standard medyczny części jej placówek był krytykowany i niektóre zarzuty były uzasadnione. Tak, jej kontakty z Keatingiem czy Duvalierami budzą bardzo poważne zastrzeżenia. Tak, można zadawać pytania dotyczące sposobu zarządzania ogromnymi darowiznami.

Ale zdania „popełniała błędy” i „była potworem, który celowo torturował ubogich” dzieli ogromna przepaść.

I właśnie rzetelnych dowodów pozwalających przekroczyć tę przepaść nie znajduję.

Może więc zamiast tworzyć kolejną nieskazitelną legendę albo kolejną czarną legendę, warto zobaczyć człowieka. Człowieka niedoskonałego, czasem podejmującego decyzje, których dziś trudno bronić, a jednocześnie człowieka, który poświęcił swoje życie ludziom, obok których inni często przechodzili, nie chcąc nawet na nich patrzeć.

Święta Matka Teresa nie musi być bezbłędna, żeby mogła nas czegoś nauczyć.

Dlaczego przed Ewangelią robimy trzy małe znaki krzyża?

Są takie gesty w czasie Mszy świętej, które wykonujemy prawie bez zastanowienia. Wstajemy, odpowiadamy, klękamy, robimy znak krzyża, składamy ręce, śpiewamy Alleluja. Ciało pamięta, nawet wtedy, gdy głowa jest zmęczona albo myśli uciekają w stronę obiadu, planów na popołudnie i tego, co jeszcze trzeba zrobić po powrocie do domu. Wśród takich gestów jest też mały znak krzyża wykonywany przed Ewangelią: na czole, na ustach i na sercu.

Dzieci często robią go dlatego, że widzą dorosłych. Dorośli robią go dlatego, że robili go od zawsze. I czasem jedni i drudzy nie wiedzą już właściwie, co ten gest oznacza. A szkoda, bo jest bardzo piękny. Krótki, prosty, cichy, a jednocześnie mówi o tym, jak chcemy przyjąć Słowo Boże.

Ewangelia jest szczególnym momentem liturgii słowa. W czasie Mszy świętej słuchamy najpierw czytań, psalmu, czasem drugiego czytania, ale gdy przychodzi Ewangelia, wstajemy. Śpiewamy Alleluja albo w Wielkim Poście inną aklamację. Kapłan lub diakon pozdrawia nas słowami: „Pan z wami”, a potem zapowiada Ewangelię według świętego Mateusza, Marka, Łukasza albo Jana. I właśnie wtedy robimy trzy małe znaki krzyża.

Nie jest to przypadkowy gest ani ozdoba dodana do liturgii. To modlitwa wypowiedziana ciałem. Zanim usłyszymy słowa Jezusa, znaczymy krzyżem swoje czoło, usta i serce, jakbyśmy mówili całym sobą: Panie, niech Twoje słowo będzie w moim myśleniu, w moim mówieniu i w moim kochaniu.

Znak krzyża na czole przypomina, że Słowo Boże ma dotknąć naszych myśli. Nie słuchamy Ewangelii tylko uszami. Słuchamy także rozumem. Chcemy ją zrozumieć, zapamiętać, przemyśleć, pozwolić jej porządkować nasze spojrzenie na świat. To ważne, bo bardzo łatwo myśleć po swojemu, według lęku, złości, uprzedzeń, pośpiechu albo tego, co akurat podpowiadają inni. Ewangelia uczy nas myślenia Jezusowego. Nie zawsze łatwego, ale prawdziwego. Krzyżyk na czole jest więc prośbą: Panie Jezu, oświeć moje myśli. Pomóż mi rozumieć Twoje słowo i nie żyć tak, jakby moja własna racja była najważniejsza.

Znak krzyża na ustach przypomina, że Słowo Boże ma dotknąć naszego mówienia. To bardzo konkretne. Usta potrafią błogosławić, pocieszać, modlić się, dziękować, przepraszać i mówić prawdę. Ale potrafią też ranić, kłamać, obgadywać, narzekać, wyśmiewać, powtarzać rzeczy niepotrzebne i niszczyć pokój w domu, w klasie, w pracy albo w internecie. Przed Ewangelią znaczymy usta krzyżem, bo chcemy, żeby nasze słowa były bardziej podobne do słów Chrystusa. Nie chodzi o to, żeby mówić dużo pobożnych zdań. Chodzi o to, żeby mówić z większą miłością, uczciwością i odpowiedzialnością.

Znak krzyża na sercu jest chyba najbardziej poruszający. Słowo Boże nie ma zostać tylko w głowie ani tylko na ustach. Ma zejść głębiej. Do serca. Do miejsca naszych pragnień, decyzji, uczuć, ran, złości, tęsknot i miłości. Można wiele wiedzieć o Ewangelii, można pięknie o niej mówić, a jednak nie pozwolić jej naprawdę przemienić serca. Dlatego ten trzeci mały znak krzyża jest tak ważny. To prośba: Panie Jezu, niech Twoje słowo zamieszka we mnie. Niech nie przejdzie obok. Niech dotknie tego, co we mnie twarde, zamknięte, zmęczone i jeszcze nieuzdrowione.

Dobrze jest tłumaczyć dzieciom ten gest bardzo prosto. Na czole: chcę myśleć o Jezusie i rozumieć Jego słowo. Na ustach: chcę mówić dobrze i dzielić się Ewangelią. Na sercu: chcę kochać Jezusa i zachować Jego słowo w sobie. Dzieci szybko zapamiętują takie wyjaśnienie, zwłaszcza jeśli nie podamy go jak definicji do nauczenia, ale jak sens gestu, który naprawdę ma im pomóc w modlitwie.

Można też powiedzieć jeszcze krócej: Jezu, bądź w moich myślach, w moich słowach i w moim sercu. Taka mała modlitwa może towarzyszyć dziecku nie tylko w kościele. Przecież myśli, słowa i serce są nam potrzebne każdego dnia. W szkole, w domu, na podwórku, przy odrabianiu lekcji, w rozmowie z rodzicami, w kłótni z rodzeństwem, w wiadomościach pisanych do kolegów. Ewangelia nie jest tylko do wysłuchania w niedzielę. Ona chce wejść w życie.

Warto zwrócić uwagę, że ten mały znak krzyża robimy kciukiem. Nie machamy ręką szybko i byle jak. Nie robimy gestu tak niedbale, że właściwie sami nie wiemy, czy dotknęliśmy czoła, nosa czy policzka. To drobny znak, ale powinien być wykonany świadomie. Spokojnie. Z wiarą. Nie dlatego, że Bóg potrzebuje idealnej precyzji naszych ruchów, ale dlatego, że ciało pomaga sercu się modlić. Jeśli gest jest byle jaki, serce bardzo łatwo też odpływa.

Dorośli również potrzebują wrócić do znaczenia tego znaku. Czasem wydaje nam się, że takie proste wyjaśnienia są tylko dla dzieci, a tymczasem to my najczęściej wykonujemy święte gesty z przyzwyczajenia. Robimy znak krzyża przed Ewangelią, a potem wychodzimy z kościoła i wracamy do tych samych słów, tych samych narzekań, tych samych ocen, tych samych myśli pełnych lęku albo złości. A przecież ten gest jest zaproszeniem do nawrócenia. Małe trzy krzyżyki mówią: niech Ewangelia naprawdę mnie dotknie.

Słowo Boże nie jest zwykłym tekstem. W liturgii Kościoła słuchamy go jako żywego słowa Boga skierowanego do nas tu i teraz. Dlatego przed Ewangelią wstajemy. Dlatego odpowiadamy: „Chwała Tobie, Panie”. Dlatego czynimy znak krzyża. Nie słuchamy tylko historii sprzed dwóch tysięcy lat. Słuchamy Jezusa, który mówi do Kościoła dzisiaj. Do mnie dzisiaj. Do mojego życia, moich spraw, moich decyzji, moich relacji.

Może warto podczas najbliższej Mszy świętej zrobić te trzy małe znaki krzyża naprawdę świadomie. Nie w pośpiechu. Nie automatycznie. Na czole z prośbą o światło dla myśli. Na ustach z prośbą o czyste i dobre słowa. Na sercu z prośbą, żeby Ewangelia nie została na zewnątrz, ale weszła głęboko i przemieniała życie.

Ten gest trwa tylko chwilę, ale może dużo powiedzieć o naszej wierze. Pokazuje, że nie chcemy być jedynie słuchaczami z przyzwyczajenia. Chcemy przyjąć Słowo Boże całym sobą. Umysłem, mową i sercem.

A gdyby dziecko zapytało: „Po co robimy te trzy krzyżyki?”, można odpowiedzieć najprościej:

Na czole, żeby myśleć po Bożemu.
Na ustach, żeby mówić słowa dobre i prawdziwe.
Na sercu, żeby kochać Jezusa i nosić Jego słowo w sobie.

Tyle wystarczy na początek.

A potem dobrze samemu tak właśnie spróbować żyć.

Cisza, która leczy – jak zrobić w sobie miejsce na Boga?

Cisza bywa dziś czymś niemal podejrzanym. Kiedy w domu nic nie gra, telefon nie wydaje żadnego dźwięku, nikt do nas nie mówi i przez chwilę naprawdę nic się nie dzieje, ręka niemal automatycznie wędruje po telefon. Włączamy muzykę, sprawdzamy wiadomości, zaglądamy do mediów społecznościowych. Jakby każdą pustą przestrzeń trzeba było natychmiast czymś wypełnić. Tymczasem właśnie w tej przestrzeni, przed którą tak często uciekamy, może czekać na nas Bóg. Nie chodzi oczywiście o ciszę rozumianą wyłącznie jako brak dźwięków. Można siedzieć samotnie w zupełnie cichym pokoju, a jednocześnie mieć w głowie taki tłum myśli, że trudno usłyszeć samą siebie. Można też znajdować się pośród ludzi i zachować w sercu głęboką ciszę. Chrześcijańska cisza jest czymś więcej. Jest gotowością do słuchania.

Bardzo pięknie mówi o tym Pismo Święte w historii proroka Eliasza. Kiedy Eliasz staje na górze Horeb, pojawia się gwałtowna wichura, potem trzęsienie ziemi i ogień. A jednak w żadnym z tych potężnych zjawisk nie rozpoznaje obecności Pana. Dopiero później przychodzi „szmer łagodnego powiewu” (por. 1 Krl 19,11–13). I właśnie wtedy Eliasz zasłania twarz płaszczem, bo wie, że Bóg jest blisko.

Ta scena zawsze mnie zatrzymuje. My chyba bardzo często czekamy na Boga w wielkich wydarzeniach. Chcielibyśmy wyraźnego znaku, odpowiedzi, rozwiązania, czegoś, co nie pozostawi żadnych wątpliwości. A On przychodzi znacznie ciszej. W Słowie przeczytanym rano. W chwili adoracji. W Eucharystii. W drugim człowieku. W myśli, która powraca podczas modlitwy. W pokoju serca, którego nie potrafimy sami sobie wytłumaczyć.

Tylko żeby usłyszeć szept, trzeba najpierw uciszyć hałas.

I chyba właśnie tutaj zaczyna się trudność. Bo kiedy robi się cicho, zaczynamy spotykać nie tylko Boga. Spotykamy również samych siebie. Nagle wychodzą na powierzchnię sprawy, które skutecznie zagłuszaliśmy zajęciami: niepokój, zmęczenie, żal, tęsknota, niewypowiedziane pytania, czasem poczucie winy. Łatwiej włączyć kolejny film, niż przez dziesięć minut pobyć z tym wszystkim przed Bogiem.

A przecież modlitwa nie wymaga, żebyśmy najpierw uporządkowali siebie i dopiero potem przyszli do Niego.

Można przyjść z bałaganem.

Można usiąść przed tabernakulum i powiedzieć: „Panie, nie potrafię się dziś modlić”. Można niczego pięknego nie czuć. Można nie znaleźć odpowiednich słów. Cisza przed Bogiem nie jest egzaminem z duchowości. Jest obecnością. Czasem najprawdziwszą modlitwą będzie właśnie pozostanie przy Nim bez próby produkowania kolejnych zdań.

Jezus sam szukał ciszy. Ewangelie wielokrotnie pokazują Go odchodzącego na miejsce pustynne, aby się modlić. Święty Marek zapisuje, że „nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił” (Mk 1,35). Wokół Jezusa byli przecież ludzie, którzy Go potrzebowali. Chorzy czekali na uzdrowienie, tłumy chciały Go słuchać, uczniowie czegoś od Niego oczekiwali. A jednak Jezus odchodzi.

To bardzo ważna lekcja także dla nas. Cisza nie jest egoizmem ani ucieczką od obowiązków. Może być właśnie tym, co pozwala później wrócić do ludzi z większym pokojem, cierpliwością i miłością.

W tradycji Kościoła cisza zawsze miała szczególne miejsce. Znają ją klasztory, rekolekcje, adoracja Najświętszego Sakramentu, ale przecież nie trzeba wyjeżdżać do klasztoru, żeby jej doświadczyć. Można zacząć znacznie prościej. Nie sięgać po telefon natychmiast po przebudzeniu. Przez kilka minut po przeczytaniu Ewangelii niczego już nie mówić. Wejść na chwilę do kościoła i po prostu usiąść przed tabernakulum. Wyłączyć radio podczas drogi. Po Komunii Świętej nie szukać od razu kolejnych słów, ale pozwolić sobie na chwilę zwyczajnego bycia z Jezusem.

Nie chodzi o bicie rekordów. Pięć minut prawdziwej ciszy może znaczyć więcej niż pół godziny spędzone na nerwowym sprawdzaniu, czy już „coś poczułam”.

Bardzo bliska jest mi również cisza adoracji. Patrzę na Hostię i wiem, że przede mną jest Chrystus, choć moje oczy widzą tylko biały Chleb. Nie muszę Mu tłumaczyć wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu dnia. On przecież wie. Nie muszę też nieustannie mówić. Mogę pozwolić, aby to On patrzył na mnie. W takiej ciszy człowiek powoli przestaje być zadaniem do wykonania. Nie musi być skuteczny, potrzebny, silny ani dobrze zorganizowany. Po prostu jest przed Bogiem, który go zna i kocha.

I właśnie dlatego cisza potrafi leczyć.

Nie w znaczeniu medycznej terapii ani magicznego sposobu na rozwiązanie problemów. Leczy inaczej. Pozwala zobaczyć rzeczy we właściwych proporcjach. Uczy, że nie wszystko muszę natychmiast rozwiązać. Pomaga nazwać to, przed czym uciekam. Przypomina, że moje życie nie zależy wyłącznie ode mnie. A przede wszystkim pozwala ponownie skierować uwagę na Boga.

W ciszy może też przyjść prawda, która nie zawsze jest wygodna. Bóg przecież nie tylko pociesza. Czasem pokazuje coś, co trzeba zmienić, relację, którą trzeba naprawić, grzech, który trzeba przynieść do konfesjonału, przebaczenie, z którym zbyt długo zwlekamy. Cisza chrześcijańska nie służy więc jedynie dobremu samopoczuciu. Ma prowadzić do spotkania z Bogiem, a spotkanie z Nim zawsze może stać się początkiem nawrócenia.

Myślę czasem o Maryi, o której św. Łukasz napisał: „zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). Nie otrzymywała odpowiedzi na każde pytanie natychmiast. Zachowywała, rozważała, nosiła w sercu. Jest w tym ogromna szkoła ciszy. Nie wszystko trzeba od razu komentować. Nie każdą emocję natychmiast wypowiadać. Nie każdą odpowiedź znaleźć tego samego dnia. Niektóre rzeczy potrzebują zostać przyniesione Bogu i pozostać z Nim przez jakiś czas.

Może właśnie od tego warto zacząć. Nie od wielkich postanowień, ale od małego kawałka ciszy każdego dnia. Dziesięciu minut bez telefonu, bez muzyki, bez kolejnego zadania. Z Ewangelią albo przed Najświętszym Sakramentem. Z jednym prostym zdaniem: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3,9).

A potem już nie mówić.

Zostawić Bogu miejsce.

Bo może problem nie polega na tym, że Bóg milczy. Może czasem nasze życie jest po prostu tak głośne, że Jego głos ginie pośród wszystkich pozostałych.

Cisza nie sprawi, że nagle znikną obowiązki, problemy i trudne pytania. Ale może sprawić coś innego: że pośród nich odnajdziemy Tego, który nigdy nas nie opuścił.

I wtedy okazuje się, że cisza wcale nie jest pusta.

Jest pełna Obecności.

Tomasz Apostoł – wiara, która potrzebuje dotknąć

Święty Tomasz ma trochę pecha. Przez wieki przylgnęło do niego określenie „niewierny Tomasz” i często właśnie do niego porównujemy człowieka, który nie chce uwierzyć na słowo. A przecież Ewangelia nigdy nie nazywa go niewiernym Tomaszem. Co więcej, kiedy dokładniej przyjrzymy się jego historii, zobaczymy ucznia znacznie ciekawszego niż człowieka, który po prostu „nie uwierzył”. Zobaczymy kogoś, kto kochał Jezusa, próbował Go zrozumieć, bał się, przeżył dramat Jego śmierci i nie potrafił przyjąć wiadomości o zmartwychwstaniu tylko dlatego, że inni powiedzieli mu: „Widzieliśmy Pana”.

Historia, którą znamy najlepiej, znajduje się w dwudziestym rozdziale Ewangelii według św. Jana. Kiedy zmartwychwstały Jezus po raz pierwszy przychodzi do uczniów zgromadzonych za zamkniętymi drzwiami, Tomasza z nimi nie ma. Nie wiemy dlaczego. Ewangelista po prostu zapisuje ten fakt. Pozostali później mówią mu: „Widzieliśmy Pana!” (J 20,25). Tomasz odpowiada słowami, które uczyniły go jednym z najbardziej rozpoznawalnych apostołów: jeśli nie zobaczy śladów gwoździ, nie włoży palca w ich miejsce i ręki w bok Jezusa, nie uwierzy.

Łatwo w tym miejscu Tomasza osądzić. Tylko czy rzeczywiście tak bardzo różni się od pozostałych uczniów?

Oni przecież również zobaczyli Jezusa. Zobaczyli Jego ręce i bok. Ich wiara w Zmartwychwstałego także została związana ze spotkaniem, z doświadczeniem Jego obecności. Tomasz znalazł się w trudniejszej sytuacji – ominęło go coś, czego doświadczyli pozostali. I chyba właśnie dlatego jego historia jest tak bardzo ludzka.

Tomasz nie chce udawać wiary, której w tej chwili w sobie nie znajduje.

To jest jedna z rzeczy, które najbardziej mnie w nim poruszają. Mógł przecież powiedzieć to, czego oczekiwała od niego wspólnota. Mógł przytaknąć. Mógł zachować swoje pytania dla siebie. Tymczasem mówi wprost: ja jeszcze nie potrafię w to uwierzyć. Potrzebuję spotkania.

I Jezus jego wątpliwości nie odrzuca.

Osiem dni później ponownie przychodzi do uczniów. Tym razem Tomasz jest razem z nimi. Jezus staje pośród nich i mówi: „Pokój wam!”, a następnie zwraca się właśnie do Tomasza. Zachęca go, aby zobaczył Jego ręce, dotknął ran i przestał być niedowiarkiem, a stał się wierzącym (por. J 20,26–27).

Zawsze zatrzymuje mnie ten moment. Jezus wiedział, czego Tomasz potrzebował. Wiedział również, co powiedział wcześniej, choć przecież nie było Go wtedy widzialnie wśród uczniów. I nie przychodzi, aby Tomasza zawstydzić. Nie mówi: „Jak mogłeś we Mnie zwątpić?”. Pokazuje mu rany.

Bóg odpowiada na wątpliwość obecnością.

Co ciekawe, Ewangelia nie mówi, że Tomasz rzeczywiście włożył palec w rany Jezusa. Sztuka chrześcijańska bardzo często przedstawia tę scenę właśnie w taki sposób, ale tekst biblijny tego nie potwierdza. Wiemy natomiast, jaka była jego odpowiedź. I jest ona niezwykła:

„Pan mój i Bóg mój!” (J 20,28).

Człowiek, którego zapamiętaliśmy przede wszystkim z powodu jego wątpliwości, wypowiada jedno z najmocniejszych wyznań wiary w całej Ewangelii według św. Jana. Nie mówi już o tym, co opowiedzieli mu inni. Nie mówi nawet tylko: „wierzę, że zmartwychwstałeś”. Mówi: mój Pan i mój Bóg.

To już nie jest wiedza o Jezusie. To relacja.

I może właśnie przez tę drogę Tomasz musiał przejść. Od „jeżeli nie zobaczę” do „Pan mój i Bóg mój”. Od świadectwa innych ludzi do osobistego spotkania z Chrystusem.

Tomasza spotykamy zresztą w Ewangelii Jana również wcześniej. Kiedy Jezus postanawia udać się do Judei po śmierci Łazarza, uczniowie przypominają Mu, że niedawno próbowano Go tam ukamienować. Wtedy właśnie Tomasz mówi do pozostałych: „Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć” (J 11,16). Trudno widzieć w tych słowach człowieka obojętnego czy pozbawionego przywiązania do Jezusa. Jest w nich może sporo pesymizmu, ale jest też gotowość pójścia za Mistrzem nawet tam, gdzie może czekać śmierć.

Później, podczas Ostatniej Wieczerzy, to również Tomasz ma odwagę przyznać, że czegoś nie rozumie. Kiedy Jezus mówi uczniom, że znają drogę, dokąd On idzie, Tomasz odpowiada: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” (J 14,5). Dzięki temu pytaniu pada jedna z najważniejszych odpowiedzi Chrystusa: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” (J 14,6).

Może więc Tomasz nie był przede wszystkim apostołem niewiary. Może był apostołem pytań. Człowiekiem, który nie chciał zadowolić się powierzchowną odpowiedzią.

To bardzo ważne również dla naszej wiary. Czasem wydaje nam się, że dobry katolik nie powinien mieć wątpliwości. Powinien wszystko rozumieć, nigdy nie pytać „dlaczego?”, nie przeżywać duchowej pustki i zawsze odczuwać obecność Boga. Tymczasem życie wiary wygląda inaczej. Bywają chwile, kiedy modlitwa przychodzi łatwo, ale bywają też takie, kiedy człowiek klęka i nie czuje nic. Są prawdy wiary, które przyjmujemy z pokojem, i takie, z którymi długo się zmagamy. Przychodzi cierpienie, śmierć kogoś bliskiego, niesprawiedliwość albo własna bezradność i nagle pytania, które wcześniej wydawały się teoretyczne, stają się bardzo osobiste.

Historia Tomasza pokazuje mi, że z tym wszystkim można przyjść do Jezusa.

Nie trzeba przed Nim odgrywać człowieka pewnego swojej wiary. Można powiedzieć: „Panie, nie rozumiem”. „Panie, trudno mi uwierzyć”. „Panie, potrzebuję Cię odnaleźć”. Szczere pytanie może być początkiem drogi znacznie głębszej niż wiara powtarzana wyłącznie z przyzwyczajenia.

Jezus mówi Tomaszowi jeszcze jedno zdanie: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29). Te słowa prowadzą już poza Wieczernik – do kolejnych pokoleń chrześcijan, także do nas. Nie widzieliśmy Jezusa tak, jak widzieli Go Apostołowie. Nie stanęliśmy przed Nim w Wieczerniku. A jednak wiara Kościoła przekazuje nam ich świadectwo i prowadzi do realnego spotkania z Chrystusem w Słowie, modlitwie, sakramentach, a w sposób szczególny w Eucharystii.

Dlatego coraz mniej lubię określenie „niewierny Tomasz”. Ono zatrzymuje jego historię dokładnie w połowie. A przecież najważniejsze wydarzyło się później. Tomasz, który potrzebował zobaczyć rany, ostatecznie rozpoznał w stojącym przed nim Jezusie swojego Pana i Boga.

Może właśnie dlatego jest tak bliski ludziom, którzy wierzą, ale czasem się zmagają. Tym, którzy chcieliby mieć większą pewność. Tym, którzy pytają. Tym, którzy po trudnych doświadczeniach potrzebują na nowo odnaleźć Boga.

Wiara Tomasza nie narodziła się z udawania, że nie ma pytań. Przeszła przez pytania aż do spotkania.

I chyba właśnie tego możemy się od niego nauczyć: nie bać się przynosić Chrystusowi swoich wątpliwości. Byle nie odchodzić z nimi od Niego. 

„Słowa na każdy dzień” św. Ojca Pio – codzienna kropla duchowej siły

Niektóre książki dobrze jest przeczytać od początku do końca, a potem odłożyć na półkę. Są jednak i takie, które mają zupełnie inny rytm. Otwiera się je rano albo wieczorem, czyta kilka zdań i zostawia sobie tę jedną myśl na cały dzień. „Słowa na każdy dzień” św. Ojca Pio właśnie do takich książek należy. To publikacja wydana przez Wydawnictwo M, która ukazała się w 2002 roku. Ma 376 stron, twardą oprawę i format około 12 × 19,5 cm. Zawiera wybór myśli św. Ojca Pio przeznaczonych do codziennej lektury i medytacji. Najważniejsze jednak nie są tutaj dane wydawnicze, ale sam charakter tej książki. Ojciec Pio nie był człowiekiem duchowości oderwanej od życia. Jego słowa wyrastają z modlitwy, cierpienia, kierownictwa duchowego i bardzo konkretnego doświadczenia Boga. W tekstach zebranych w tym tomie powracają tematy, które były dla niego szczególnie ważne: zaufanie Bożej miłości, wytrwałość w modlitwie, rozeznawanie, cierpliwość w doświadczeniach, walka ze zniechęceniem i świadomość, że nawet wtedy, gdy człowiek niczego nie rozumie, Bóg nie przestaje działać.

To właśnie dlatego ta książka może być tak cenna w zwyczajnej codzienności. Nie trzeba mieć godziny wolnego czasu ani specjalnych warunków do lektury. Czasem wystarczy jedno zdanie. Jedna myśl, która zostanie w sercu podczas pracy, drogi do szkoły, gotowania czy wieczornego zmęczenia. W opisie wydania podkreślono, że wiele z tych słów niesie ze sobą obietnicę Bożej miłości i przebaczenia, a sama lektura może prowadzić do głębszego rozumienia modlitwy i własnego życia duchowego.

Bardzo porusza mnie w duchowości Ojca Pio jego realizm. On nie udawał, że życie z Bogiem oznacza brak cierpienia czy wewnętrznej walki. Przeciwnie, bardzo dobrze znał doświadczenie ciemności, zmęczenia, osamotnienia i duchowych zmagań. A jednak nie przestawał ufać. Dlatego jego słowa nie brzmią jak łatwe pocieszenie. Mają zupełnie inny ciężar, bo wyrastają z życia człowieka, który sam musiał wielokrotnie powtarzać Bogu swoje „tak”.

Właśnie tak warto czytać „Słowa na każdy dzień” – nie jak zbiór ładnych sentencji, ale jak małe zaproszenia do modlitwy. Jednego dnia może zatrzymać nas myśl o cierpliwości, innego o pokorze, jeszcze innego o potrzebie całkowitego zawierzenia Bogu. Nie wszystko musi od razu poruszyć. Niektóre zdania być może przejdą obok nas niemal niezauważone, a do innych wrócimy po tygodniu czy miesiącu i nagle okaże się, że zostały napisane dokładnie na ten moment.

Dla mnie największą wartością takich książek jest to, że uczą regularności. Życie duchowe przecież rzadko buduje się poprzez wielkie jednorazowe przeżycia. Znacznie częściej rośnie przez drobne decyzje podejmowane każdego dnia: kilka minut modlitwy, chwilę ciszy, jedno słowo Ewangelii, przebaczenie, powstrzymanie się od osądzania czy świadome oddanie Bogu własnego niepokoju. Właśnie w taki rytm wpisuje się ta książka.

Ojciec Pio pozostawił po sobie ogromną korespondencję duchową i liczne wskazówki dla osób, którym towarzyszył. W jednym z cytowanych w książce fragmentów prosi Boga, aby jego słowa mogły stać się dla drugiego człowieka drogą do pocieszenia. To chyba najlepiej oddaje sens całego zbioru. Nie chodzi o podziwianie autora ani o kolekcjonowanie pobożnych myśli, ale o to, aby jedno zdanie pomogło człowiekowi ponownie skierować wzrok ku Bogu.

„Słowa na każdy dzień” mogą być dobrą propozycją dla osób, które chcą pogłębić swoją modlitwę, lepiej poznać duchowość św. Ojca Pio albo po prostu potrzebują krótkiej, ale treściwej lektury na każdy dzień. To książka spokojna, bez pośpiechu i bez konieczności czytania kolejnych rozdziałów. Można ją otworzyć rano, zabrać jedną myśl i pozwolić, aby przez resztę dnia pracowała w sercu.

I może właśnie na tym polega jej największa siła. W świecie pełnym słów Ojciec Pio nie zachęca do jeszcze większego hałasu. Jego krótkie myśli prowadzą raczej do ciszy, w której człowiek może przypomnieć sobie, że nie jest sam, że Bóg jest blisko i że nawet najtrudniejszy dzień można przeżyć inaczej, jeśli odda się go Jemu. 

Modlitwa na nowy rok szkolny

Nowy rok szkolny zawsze przynosi ze sobą mieszankę różnych uczuć. Jest trochę ciekawości, trochę niepokoju, trochę planów, trochę nadziei i bardzo dużo zwyczajnych spraw do ogarnięcia. Plecaki, podręczniki, zeszyty, sale, plany lekcji, nowe klasy, nowe obowiązki, powroty po wakacjach i ten moment, kiedy trzeba znowu wejść w rytm, który jeszcze chwilę temu wydawał się odległy.

Dzieci wracają do szkoły z różnymi sercami. Jedne cieszą się na spotkanie z kolegami, inne chciałyby jeszcze trochę zostać w wakacyjnej wolności. Są uczniowie odważni i tacy, którzy już od końca sierpnia noszą w sobie cichy lęk. Są dzieci, które lubią szkołę, i takie, dla których każdy wrzesień jest trudnym początkiem. Są pierwszoklasiści, którzy dopiero uczą się szkolnego świata, i starsi uczniowie, którzy wracają z doświadczeniami, pytaniami, zmęczeniem albo niepewnością.

Dlatego nowy rok szkolny warto rozpocząć modlitwą.

Nie po to, żeby wszystko było idealne. Nie po to, żeby nie było trudnych dni, zapomnianych zeszytów, nieudanych sprawdzianów, napięć, zmęczenia i poranków, w których wszyscy szukają czegoś w ostatniej chwili. Modlitwa nie jest magicznym zabezpieczeniem przed codziennością. Jest powierzeniem jej Bogu. Jest spokojnym powiedzeniem: Panie Jezu, wejdź z nami w ten czas. Bądź w klasach, na korytarzach, w pokoju nauczycielskim, przy biurkach, w świetlicy, w drodze do szkoły i w domach, do których dzieci wracają po lekcjach.

Nowy rok szkolny potrzebuje Bożego pokoju. Potrzebują go uczniowie, którzy będą uczyć się nie tylko czytania, pisania, matematyki i historii, ale także cierpliwości, współpracy, odwagi, przyjmowania porażek, proszenia o pomoc i zaczynania od nowa. Potrzebują go nauczyciele, którzy każdego dnia będą nieść odpowiedzialność za wiedzę, wychowanie, relacje, emocje, bezpieczeństwo i setki drobiazgów, których często nikt nie widzi. Potrzebują go rodzice, którzy będą wspierać, przypominać, tłumaczyć, podpisywać, wozić, czekać, martwić się i czasem głęboko oddychać, żeby odpowiedzieć spokojniej.

W modlitwie na nowy rok szkolny warto objąć wszystkich. Dzieci zdolne i dzieci z trudnościami. Uczniów śmiałych i tych, którzy chowają się z tyłu klasy. Nauczycieli pełnych zapału i tych, którzy wracają z obawą, czy starczy im sił. Rodziców spokojnych i tych, którzy już na starcie czują ciężar organizacji. Dyrekcję, wychowawców, katechetów, pedagogów, psychologów, pracowników szkoły, wszystkich, którzy tworzą miejsce, w którym dzieci spędzą tyle godzin swojego życia.

Warto też prosić Boga nie tylko o dobre oceny i sukcesy. One są ważne, ale nie najważniejsze. Ważniejsze jest dobre serce. Uczciwość. Szacunek. Odwaga mówienia prawdy. Umiejętność przepraszania. Wrażliwość na słabszych. Siła, żeby nie iść za tłumem wtedy, gdy tłum wybiera zło. Pokora, gdy coś się nie uda. Wdzięczność, gdy przyjdzie dobro. Wiara, że Pan Jezus jest blisko także w zwykłym szkolnym dniu.

Bo szkoła nie jest tylko miejscem nauki. Jest miejscem spotkań, decyzji, relacji i dojrzewania. To tam dziecko może usłyszeć dobre słowo albo zostać zranione. Może odkryć swoje talenty albo poczuć, że czegoś nie potrafi. Może nauczyć się pomagać albo zobaczyć, jak boli wykluczenie. Może doświadczyć cierpliwości dorosłego, która zostanie w nim na lata. Dlatego tak bardzo potrzeba modlitwy za szkołę. Nie ogólnej, odległej, ale konkretnej. Za te dzieci, tych nauczycieli, te klasy, te domy, te poranki i te trudne momenty, które dopiero przyjdą.

Modlitwa na nowy rok szkolny

Panie Jezu,
powierzamy Ci nowy rok szkolny. Oddajemy Ci wszystkie dzieci i młodzież, którzy wracają do szkoły po wakacjach, tych, którzy zaczynają z radością, i tych, którzy niosą w sercu niepokój, lęk albo zmęczenie.

Bądź blisko uczniów w każdej klasie, na każdej lekcji i w każdej szkolnej sytuacji. Daj im mądrość, cierpliwość, odwagę i dobre serce. Pomagaj im uczyć się uczciwie, prosić o pomoc, szanować innych, nie wykluczać nikogo i wybierać dobro także wtedy, gdy nie jest to łatwe.

Pobłogosław nauczycielom, wychowawcom, katechetom, pedagogom, psychologom, dyrekcji i wszystkim pracownikom szkoły. Daj im siłę, pokój, roztropność i serce uważne na każde dziecko. Chroń ich przed zniechęceniem, pośpiechem i utratą sensu. Pomagaj im być wymagającymi, ale sprawiedliwymi, cierpliwymi i życzliwymi.

Prosimy Cię za rodziców. Daj im mądrość w towarzyszeniu dzieciom, cierpliwość w codziennych obowiązkach i pokój wtedy, gdy pojawią się trudności. Pomóż im wspierać, a nie tylko wymagać; słuchać, a nie tylko oceniać; prowadzić dzieci do Ciebie prostym przykładem wiary, modlitwy i miłości.

Panie Jezu, wejdź w szkolne sale, korytarze, świetlice, pokoje nauczycielskie i wszystkie miejsca, w których dzieci będą dorastać. Niech ten rok będzie czasem nauki, dobra, bezpieczeństwa, wzajemnego szacunku i małych zwycięstw, które budują serce.

Maryjo, Matko mądrości i czułej obecności, otaczaj opieką uczniów, rodziców i nauczycieli.
Duchu Święty, dawaj światło w nauce, rozmowach i decyzjach.
Aniele Stróżu, prowadź dzieci każdego dnia.

Amen.

Niech ten rok szkolny nie będzie tylko kolejnym czasem zadań, ocen, planów i obowiązków. Niech stanie się przestrzenią wzrastania. W wiedzy, w mądrości, w odpowiedzialności, w życzliwości i w wierze. Niech Pan Bóg będzie obecny w tym, co piękne, i w tym, co trudne. W pierwszym dzwonku, w ostatniej lekcji, w klasowej radości, w dziecięcych obawach, w nauczycielskim zmęczeniu i w rodzicielskiej trosce.

Bo nowy rok szkolny najlepiej zacząć nie tylko z dobrze spakowanym plecakiem, ale także z sercem powierzonym Bogu.

Na rozpoczęcie roku katechetycznego – dla nauczycieli religii

Koniec sierpnia ma w sobie szczególne napięcie. Jeszcze trochę pachnie wakacjami, jeszcze człowiek próbuje złapać ostatnie spokojniejsze chwile, a jednocześnie w głowie zaczynają układać się klasy, plany, podręczniki, dziennik, pierwsze lekcje, spotkania z uczniami i ten znajomy szkolny rytm, który za chwilę znowu nas porwie. Nauczyciel religii wchodzi w nowy rok nie tylko z teczką materiałów i rozpisanym planem. Wchodzi także z sercem, które potrzebuje światła, pokoju i bardzo mocnego zakorzenienia w Chrystusie.



Bo katecheza nigdy nie jest tylko przedmiotem. Oczywiście ma swoje wymagania, tematy, cele, dokumentację, metody, zasady pracy i całą szkolną codzienność, której nie da się pominąć. Trzeba przygotować lekcje, pamiętać o programie, dostosować język do wieku dzieci, współpracować z rodzicami, rozmawiać z wychowawcami, odnaleźć się w realiach szkoły i często mierzyć się z tym, że religia bywa dziś traktowana różnie. Czasem z życzliwością, czasem z obojętnością, czasem z rezerwą, a czasem z pytaniami, które nie są łatwe. Mimo to sercem katechezy pozostaje spotkanie człowieka z Bogiem.

Nauczyciel religii jest w szkole świadkiem. Nie idealnym, nie wolnym od zmęczenia, nie zawsze spokojnym i zawsze gotowym na każde pytanie. Świadkiem prawdziwym, czyli takim, który sam idzie drogą wiary, sam potrzebuje sakramentów, modlitwy, przebaczenia, Słowa Bożego i łaski. Uczniowie bardzo szybko wyczuwają, czy mówimy o Bogu jak o temacie lekcji, czy jak o Kimś żywym. Można mieć świetnie przygotowaną prezentację, piękną kartę pracy i bardzo mądre zdania, a jednak największe znaczenie często ma to, czy w naszym sposobie bycia jest cierpliwość, szacunek, prawda i pokój, którego nie da się udawać przez czterdzieści pięć minut.

Nowy rok katechetyczny warto rozpocząć od bardzo prostego powrotu do źródła. Nie od paniki, że trzeba wszystko mieć gotowe. Nie od porównywania się z innymi, którzy już pewnie mają zaplanowane pół roku do przodu, piękne dekoracje, komplet materiałów i energię jak po rekolekcjach na górze Tabor. Warto zacząć od Jezusa. Od modlitwy, w której nauczyciel religii może powiedzieć: „Panie, to jest Twój rok, Twoje dzieci, Twoja młodzież, Twoja szkoła, Twoje lekcje. Ja chcę być narzędziem, ale nie chcę udawać, że wszystko zależy ode mnie”.

To bardzo uwalniające. Katecheta nie jest zbawicielem klasy. Nie musi własnymi siłami przekonać wszystkich, naprawić każdej rodzinnej historii, odpowiedzieć na każdy kryzys wiary, wygrać z każdą obojętnością i sprawić, że wszyscy uczniowie natychmiast odkryją piękno Eucharystii, modlitwy i życia sakramentalnego. Katecheta ma siać. Cierpliwie, mądrze, z miłością i w prawdzie. Owoc należy do Boga, a wiele ziaren kiełkuje dużo później, niż chcielibyśmy zobaczyć.

Warto o tym pamiętać szczególnie wtedy, gdy przychodzą trudniejsze lekcje. Gdy klasa jest rozproszona, gdy uczniowie testują granice, gdy ktoś prowokuje, gdy pada pytanie wypowiedziane bardziej z przekory niż z potrzeby serca, gdy po dobrze przygotowanej katechezie człowiek wychodzi z sali z poczuciem, że chyba nic nie zostało. W takich chwilach łatwo się zniechęcić i pomyśleć, że nasza praca nie ma sensu. A jednak sens katechezy nie zawsze mierzy się natychmiastową reakcją ucznia. Czasem jedno zdanie, jeden gest szacunku, jedna spokojna odpowiedź, jedna modlitwa na końcu lekcji wracają po latach w sercu młodego człowieka.

Nauczyciel religii potrzebuje wielkiej pokory. Nie tej smutnej, która każe myśleć o sobie źle, ale tej ewangelicznej, która pamięta, że najważniejszy jest Chrystus. Pokora pomaga nie robić z katechezy sceny własnej skuteczności. Pomaga przyznać, że nie wszystko wiem, że czasem muszę sprawdzić, dopytać, pomyśleć, wrócić do tematu, poprosić o pomoc. Pomaga też nie bać się pytań uczniów. Wiara katolicka nie jest krucha dlatego, że ktoś zapyta szczerze albo nawet ostro. Krucha bywa tylko nasza cierpliwość i nasza potrzeba, żeby zawsze wyjść na osobę, która ma gotową odpowiedź.

Rzetelna katecheza wymaga prawdy. Nie sensacji, nie uproszczeń, nie straszenia, nie pobożnych skrótów, które brzmią mocno, ale nie prowadzą do dojrzałej wiary. Dzieci i młodzież potrzebują usłyszeć, że Bóg jest miłością, ale także że ta miłość wzywa do nawrócenia. Potrzebują poznać piękno modlitwy, sakramentów, Eucharystii, spowiedzi, Słowa Bożego, Kościoła i świętych, ale potrzebują też zobaczyć, że wiara nie jest oderwana od życia. Dotyka przyjaźni, internetu, języka, przebaczenia, ciała, sumienia, samotności, lęku, wyborów i codziennych małych decyzji dobra.

Katecheza jest też miejscem ogromnej delikatności. Do sali przychodzą dzieci z bardzo różnych domów. Jedne mają żywą wiarę wyniesioną z rodziny, inne znają modlitwę głównie z lekcji, jeszcze inne niosą w sobie chaos, zranienia, opór albo obojętność. Nie każde dziecko ma w domu kogoś, kto pokaże mu, jak się modlić. Nie każde słyszy o Bogu z miłością. Nie każde ma doświadczenie Kościoła jako miejsca bezpiecznego. Dlatego nauczyciel religii powinien być człowiekiem wymagającym, ale nigdy upokarzającym. Jasnym, ale nie twardym bez miłości. Wiernym nauczaniu Kościoła, ale umiejącym mówić językiem, który nie miażdży człowieka.

Rodzice są pierwszymi katechetami swoich dzieci i warto to przypominać, ale bez tonu oskarżenia. Wielu rodziców potrzebuje dziś wsparcia, prostego języka, zachęty i pokazania, że wiara w domu nie musi oznaczać wielkich rodzinnych nabożeństw, na które nikt nie ma siły. Czasem zaczyna się od znaku krzyża przed snem, modlitwy przed podróżą, niedzielnej Mszy świętej, rozmowy o sumieniu, przeprosin, przebaczenia i tego, że dziecko widzi dorosłego, który sam klęka przed Bogiem. Katecheta może być dla rodziców sprzymierzeńcem, nie recenzentem ich niedoskonałości.

Nowy rok katechetyczny warto więc powierzyć Bogu bardzo konkretnie. Powierzyć Mu uczniów, których znamy, i tych, których dopiero poznamy. Dzieci spokojne i dzieci trudne. Młodzież ciekawą wiary i tę, która przyjdzie z dystansem. Rodziny pełne żywej modlitwy i rodziny poranione. Dyrekcję, grono pedagogiczne, parafię, własne siły, własne ograniczenia, własny temperament i własne zmęczenie, które pewnie też przyjdzie szybciej, niż planujemy.

Warto prosić o mądrość, żeby nie mylić atrakcyjności lekcji z głębią. O cierpliwość, żeby nie odpowiadać zranieniem na prowokację. O odwagę, żeby mówić prawdę katolickiej wiary jasno i spokojnie. O czułość, żeby zobaczyć ucznia, który pod maską obojętności niesie lęk, samotność albo potrzebę bycia zauważonym. O pokorę, żeby nie przypisywać sobie owoców, ale też nie załamywać się wtedy, gdy owoców nie widać.

Nauczyciel religii zaczyna rok szkolny trochę jak siewca. Nie zawsze wybiera idealną glebę. Nie zawsze widzi, co dzieje się z ziarnem. Czasem ziarno pada na drogę, czasem między ciernie, czasem na skałę, a czasem na ziemię żyzną. Ale siewca nie może przestać siać tylko dlatego, że nie wszystko urośnie od razu. Ma siać z wiarą, że Słowo Boże ma moc większą niż nasze metody, nastroje i lęki.

Niech ten nowy rok katechetyczny będzie czasem wiernego siania. Nie perfekcyjnego, ale uczciwego. Nie opartego na naszej sile, ale na łasce. Nie zbudowanego na lęku przed oceną ludzi, ale na pragnieniu, żeby dzieci i młodzież mogły spotkać Jezusa naprawdę. Może nie zawsze od razu. Może nie zawsze tak, jak sobie zaplanujemy. Ale przecież Pan Bóg potrafi działać także po cichu, w jednym zdaniu, w jednej lekcji, w jednym spojrzeniu, w jednej modlitwie, która wydawała się bardzo zwyczajna.

Na początku tego roku warto powiedzieć Mu prosto: Panie Jezu, wejdź ze mną do sali katechetycznej. Usiądź przy dzieciach, które trudno mi zrozumieć. Stań przy mnie, gdy zabraknie cierpliwości. Przypomnij mi, że nie uczę o Tobie jak o dalekim temacie, ale mam prowadzić do Ciebie żywego. Strzeż mojego serca przed rutyną, zniechęceniem i pychą. Daj mi wierność w małych rzeczach.

Bo katecheza zaczyna się dużo wcześniej niż pierwsza lekcja. Zaczyna się w sercu nauczyciela, który sam pozwala się prowadzić Chrystusowi.

„Garnek strachu” o. Adama Szustaka OP – kiedy Bóg mówi: idź z tą siłą, którą masz

Strach potrafi zrobić w człowieku więcej zamieszania, niż czasem chcemy przyznać. Nie zawsze krzyczy. Często działa po cichu, podpowiadając, że się nie nadajemy, że jesteśmy za słabi, że inni poradzą sobie lepiej, że jeszcze nie teraz, że może kiedyś, kiedy będziemy bardziej gotowi. I właśnie dlatego „Garnek strachu. Droga do dojrzałości – lekcje Gedeona” o. Adama Szustaka OP jest tak mocnym nagraniem. To nie jest zwykła konferencja o emocjach. To biblijna droga przez lęk, niedojrzałość, potrzebę ciągłych potwierdzeń i uczenie się zaufania Bogu.

Audiokonferencja należy do serii „Jestem legendą” i opiera się na historii Gedeona z Księgi Sędziów. Trwa około 3 godzin i 30 minut, czyta ją sam o. Adam Szustak, a wydawcą jest RTCK. Audioteka klasyfikuje ją jako konferencję, a Storytel jako publikację z zakresu rozwoju duchowego.

Najważniejszy jest jednak sam Gedeon. Nie spotykamy bohatera pewnego siebie, zdecydowanego i gotowego do wielkich czynów. Spotykamy człowieka przestraszonego, najmłodszego, ukrywającego się, potrzebującego znaków i upewnień. A mimo to właśnie do niego przychodzi Bóg i powierza mu misję większą, niż Gedeon potrafi sobie wyobrazić. W opisie audiobooka bardzo mocno wybrzmiewa ta myśl: Gedeon dojrzewa przez całe życie, boi się, potrzebuje potwierdzeń, a jednak ostatecznie rusza z tym, co ma.

I chyba właśnie tutaj ta historia zaczyna boleśnie przypominać nasze własne życie. Ilu rzeczy nie robimy tylko dlatego, że się boimy? Ilu decyzji nie podejmujemy, bo czekamy na stuprocentową pewność? Ile razy prosimy Boga o kolejny znak, choć tak naprawdę już wiemy, co powinniśmy zrobić?

O. Szustak pokazuje, że lęk nie musi zniknąć, żeby człowiek mógł ruszyć. To bardzo ważne rozróżnienie. Dojrzałość nie polega na tym, że nagle przestajemy się bać, ale na tym, że strach przestaje decydować za nas. Właśnie dlatego tak mocno brzmi zdanie, które wydawca streszcza słowami: „To, co masz, wystarczy.” Sens całej konferencji prowadzi w stronę zgody na własną niedoskonałość i podjęcia pierwszego kroku mimo niepewności.

Ta myśl jest bardzo bliska Ewangelii. Bóg rzadko czeka, aż człowiek będzie idealnie przygotowany. Powołuje ludzi słabych, niedoskonałych, niepewnych, a potem stopniowo ich prowadzi. Gedeon nie staje się od razu kimś innym. On dojrzewa w relacji z Bogiem. Uczy się, że zwycięstwo nie zależy wyłącznie od jego siły, ale od zaufania Temu, który go posyła.

Bardzo trafnie audiobook dotyka też naszego uzależnienia od potwierdzeń. Gedeon prosi o znaki, bo chce mieć pewność, że naprawdę dobrze rozumie Boże prowadzenie. I choć Bóg cierpliwie odpowiada na jego słabość, to jednocześnie prowadzi go dalej, nie pozwalając mu zostać wiecznie w miejscu. To ważna lekcja także dla nas, bo można przecież całe życie pytać Boga, czego On chce, zamiast zrobić to, co już dawno stało się jasne.

W materiałach wydawcy pojawia się jeszcze jeden bardzo mocny wątek: strach może uniemożliwić człowiekowi pełnienie jego misji i powołania. O. Szustak zachęca więc, by przyjrzeć się temu, czego boimy się najbardziej i co równocześnie jest głęboko związane z naszym pragnieniem życia pełnego i prawdziwego.

Dla mnie najpiękniejsze w tej konferencji jest to, że nie prowadzi do kultu pewności siebie, ale do zaufania Bogu. To ogromna różnica. Chrześcijańska odwaga nie polega na przekonaniu: „dam sobie radę ze wszystkim”. Polega raczej na powiedzeniu: „nie wiem, czy dam radę, ale jeśli Bóg mnie prowadzi, chcę zrobić pierwszy krok”.

I właśnie dlatego tytułowy „garnek strachu” staje się tak wymownym obrazem. W pewnym momencie trzeba przestać go nosić, przestać chronić swoje lęki, przestać karmić je kolejnymi wymówkami i pozwolić, żeby coś się w nas rozbiło. Czasem dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa droga do dojrzałości.

To nie jest audiobook, który obiecuje życie bez lęku. I dobrze. Taka obietnica byłaby nieprawdziwa. To nagranie pokazuje raczej, że strach nie musi być ostatnim słowem. Ostatnie słowo może należeć do zaufania, posłuszeństwa i odwagi rodzącej się z wiary.

Po wysłuchaniu „Garnka strachu” zostaje we mnie przede wszystkim jedna myśl: Bóg nie pyta, czy jestem już wystarczająco silna. Pyta raczej, czy dam Mu poprowadzić mnie z tym, co mam dzisiaj.

I może właśnie to jest początek dojrzałości – przestać czekać, aż lęk zniknie, i ruszyć z Bogiem mimo niego.

Marta i Maria – kiedy działanie zagłusza obecność

W domu Marty i Marii dzieje się coś bardzo zwyczajnego, a jednocześnie bardzo głębokiego. Jezus przychodzi w gościnę. Nie przemawia do tłumów, nie stoi na wzgórzu, nie naucza w świątyni, nie odpowiada na podchwytliwe pytania uczonych w Piśmie. Jest w domu. Blisko. W przestrzeni codzienności, gdzie ktoś musi otworzyć drzwi, przygotować miejsce, zadbać o posiłek, posprzątać, przynieść wodę, usiąść, posłuchać, przyjąć Go naprawdę.

I właśnie w tej domowej scenie spotykają się dwie siostry, które od wieków budzą w nas jakieś bardzo osobiste poruszenie. Marta krząta się i troszczy o wiele spraw. Maria siada u stóp Jezusa i słucha Jego słowa. Łatwo zrobić z tego prosty podział: Marta zajęta, Maria duchowa; Marta zabiegana, Maria święta; Marta od garnków, Maria od modlitwy. Tylko że Ewangelia rzadko jest aż tak płaska. Jezus nie przychodzi po to, żeby upokorzyć Martę ani przeciwstawić pracy modlitwie. On przychodzi dotknąć serca, które w dobrym działaniu zaczęło tracić pokój.

Marta robi coś dobrego. Przyjmuje Jezusa do domu. Służy Mu. Chce, żeby wszystko było jak należy. W tej trosce jest miłość, odpowiedzialność i gościnność, a więc rzeczy bardzo piękne. Chrześcijaństwo nie lekceważy działania. Przecież wiara bez uczynków byłaby martwa, a miłość, która nigdy nie przechodzi w konkret, łatwo staje się tylko ładnym słowem. Problem Marty nie polega na tym, że pracuje. Problem zaczyna się wtedy, gdy praca zabiera jej serce tak bardzo, że przestaje widzieć Tego, dla którego to wszystko robi.

To jest bardzo bliskie naszemu życiu. Można robić dobre rzeczy i jednocześnie oddalać się od pokoju. Można troszczyć się o dom, rodzinę, pracę, dzieci, parafię, szkołę, wspólnotę, lekcje, materiały, posiłki, zakupy i tysiąc drobiazgów, a w środku mieć coraz więcej napięcia. Można służyć innym, ale z ukrytą pretensją, że nikt nie widzi, nikt nie pomaga, nikt nie docenia. Można być bardzo potrzebnym człowiekiem i jednocześnie czuć się bardzo samotnie w swoim wysiłku.

Marta w pewnym momencie nie mówi już do Marii, tylko do Jezusa: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu?”. To zdanie jest tak prawdziwe, że trudno przejść obok niego obojętnie. Słychać w nim zmęczenie, żal, może poczucie niesprawiedliwości. Marta nie prosi tylko o pomoc. Ona pyta, czy Jezusowi jest obojętne to, że została sama. A przecież chyba każdy, kto kiedyś dźwigał za dużo, zna ten moment, w którym pod spodem pojawia się właśnie takie pytanie: czy ktoś w ogóle widzi, ile mnie to kosztuje?

Jezus odpowiada bardzo delikatnie, choć stanowczo: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego”. Nie odrzuca jej. Nie mówi, że jej służba jest nieważna. Woła ją po imieniu, dwa razy, jakby chciał ją zatrzymać nie przy kuchennym zamieszaniu, ale przy jej własnym sercu. Marta troszczy się o wiele, ale w tej trosce pojawił się niepokój, który zaczyna ją oddzielać od obecności Jezusa.

To właśnie jest sedno. Działanie samo w sobie nie musi zagłuszać obecności Boga. Może być modlitwą, jeśli wypływa z miłości i prowadzi do miłości. Może być służbą, jeśli zostawia w sercu miejsce na Jezusa. Może być święte, jeśli nie karmi pychy, pretensji i wiecznego napięcia. Ale działanie zaczyna zagłuszać obecność wtedy, gdy człowiek tak bardzo zajmuje się tym, co trzeba zrobić, że przestaje być z Tym, który jest najważniejszy.

Maria siedzi u stóp Jezusa i słucha. Nie dlatego, że jest leniwa. Nie dlatego, że codzienność jej nie dotyczy. Siedzenie u stóp nauczyciela oznacza postawę ucznia. Maria rozpoznaje chwilę łaski. Jezus jest w domu, Słowo jest blisko, trzeba słuchać. Nie wszystko da się odłożyć na później, ale czasem właśnie spotkanie z Panem jest tym, czego nie wolno odłożyć, bo bez niego wszystkie inne sprawy zaczynają się rozsypywać od środka.

To bardzo trudne dla ludzi odpowiedzialnych. Dla tych, którzy mają w głowie listę obowiązków, czują ciężar cudzych potrzeb i potrafią odpoczywać dopiero wtedy, gdy wszystko jest dopięte. Tylko że „wszystko” prawie nigdy nie jest dopięte. Zawsze zostaje pranie, wiadomość, obiad, dokument, rozmowa, zaległość, poprawka, telefon, ktoś do zaopiekowania i coś do zaplanowania. Gdyby człowiek czekał z modlitwą, aż cały świat będzie ogarnięty, mógłby nie usiąść u stóp Jezusa nigdy.

A Jezus nie mówi: najpierw wszystko uporządkuj, potem przyjdź. Mówi raczej: usiądź przy Mnie, bo bez tego zagubisz siebie nawet w dobrych rzeczach.

W tej Ewangelii nie chodzi o pogardę dla pracy. Marta jest potrzebna. Każdy dom potrzebuje Marty. Każda wspólnota, każda parafia, każda szkoła, każda rodzina potrzebuje ludzi, którzy zrobią konkret, przygotują, przypilnują, zadbają, zorganizują, podniosą, ugotują, napiszą, zawiozą, przyniosą i dopilnują szczegółów. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy w tym wszystkim zabraknie Marii. Gdy ręce są ciągle zajęte, a serce coraz rzadziej słucha. Gdy człowiek robi wiele dla Boga, ale coraz mniej jest z Bogiem.

To może przydarzyć się także w sprawach religijnych. Można przygotowywać katechezy, prowadzić grupy, pisać rozważania, dekorować kościół, organizować akcje, tworzyć materiały, pomagać przy parafii i robić mnóstwo dobrych rzeczy, a jednocześnie powoli tracić czułość wobec Jezusa. Można mówić o Nim innym, a samemu coraz rzadziej siadać przy Nim w ciszy. Można działać tak bardzo, że modlitwa staje się tylko kolejnym punktem do odhaczenia albo czymś, na co już nie wystarcza sił.

Wtedy serce Marty zaczyna wołać. Czasem przez rozdrażnienie. Czasem przez pretensje do innych. Czasem przez zmęczenie, które nie mija po jednej przespanej nocy. Czasem przez poczucie, że wszystko spoczywa na mnie. Czasem przez zazdrość wobec tych, którzy potrafią usiąść spokojniej, podczas gdy ja ciągle coś muszę. I może właśnie wtedy Jezus mówi najczulej: zatrzymaj się. Nie dlatego, że to, co robisz, jest bez sensu, ale dlatego, że Ja nie chcę tylko twojej pracy. Chcę ciebie.

To zdanie jest bardzo ważne. Bóg nie kocha nas za użyteczność. Nie kocha nas dopiero wtedy, gdy jesteśmy potrzebni, wydajni, pomocni, zorganizowani i zawsze gotowi. Nie patrzy na nas jak na listę zadań wykonanych poprawnie albo niepoprawnie. Kocha nas jako dzieci. Owszem, zaprasza do służby, do pracy, do miłości czynnej i konkretnej, ale nie chce, żebyśmy w tej służbie zgubili relację z Nim.

Maria wybrała najlepszą cząstkę, bo wybrała obecność. Nie ucieczkę od życia, ale źródło życia. Człowiek, który słucha Jezusa, nie staje się mniej zdolny do służby. Przeciwnie, służy mądrzej. Z mniejszą potrzebą kontrolowania wszystkiego. Z większą łagodnością. Bez ciągłego porównywania się z innymi. Bez ukrytej pretensji, że tylko ja robię, tylko ja widzę, tylko ja dźwigam. Obecność przy Jezusie nie zabiera działania, ale je oczyszcza.

Może dlatego w tej scenie nie trzeba wybierać między Martą a Marią tak, jakby jedna miała zostać odrzucona. W każdej z nas jest trochę Marty i trochę Marii. Jest część, która chce służyć, działać, zadbać i ogarnąć życie. Jest też część, która tęskni za ciszą, za słowem, za spojrzeniem Jezusa, za chwilą, w której nie trzeba nic udowadniać. Dojrzała wiara nie polega na tym, że przestajemy być Martą. Polega raczej na tym, że Marta uczy się wracać do Jezusa, zanim zmęczenie zamieni się w żal.

Czasem wystarczy naprawdę niewiele. Pięć minut ciszy przed rozpoczęciem dnia. Jedno zdanie z Ewangelii przeczytane bez pośpiechu. Krótka modlitwa w kuchni, przy biurku, w samochodzie, na spacerze. Wejście do kościoła choćby na chwilę. Powiedzenie: „Panie Jezu, robię dużo, ale nie chcę Cię zgubić”. To nie są wielkie rzeczy, ale one potrafią ocalić serce przed takim działaniem, które z zewnątrz wygląda dobrze, a w środku zostawia pustkę.

Warto też pozwolić Jezusowi wejść w nasze pretensje. Marta nie ukryła swojego żalu. Powiedziała go wprost. I może to jest lepsze niż udawanie, że wszystko jest pięknie. Modlitwa nie musi być zawsze spokojna i elegancka. Czasem może być bardzo prawdziwym wyznaniem: „Panie, jestem zmęczona. Mam dość. Czuję się sama. Robię tyle, a w środku tracę pokój”. Jezus nie odwraca się od takiej modlitwy. On właśnie tam może pokazać, że za naszym rozdrażnieniem często kryje się tęsknota za obecnością, której dawno sobie nie dałyśmy.

Marta i Maria uczą nas, że dom, praca, obowiązki i codzienność mogą stać się miejscem spotkania z Bogiem, ale tylko wtedy, gdy nie pozwolimy, żeby działanie całkiem zagłuszyło obecność. Jezus chce być blisko nie dopiero po wszystkim. Nie dopiero wtedy, gdy posprzątamy, przygotujemy, odpowiemy, zakończymy i wreszcie będziemy godne usiąść. On jest blisko teraz. W środku dnia. W tym, co pilne. W tym, co nas przerasta. W tym, co robimy z miłości, i w tym, co zaczęło nas męczyć bardziej, niż chcemy przyznać.

Może najpiękniejszą modlitwą Marty byłoby nie to, że przestała pracować, ale to, że pozwoliła Jezusowi odnaleźć ją w pracy. Że usłyszała swoje imię. Że zobaczyła, iż jej serce jest ważniejsze niż perfekcyjnie przygotowany dom. Że zrozumiała, iż obecność Pana nie jest nagrodą po wykonaniu wszystkich obowiązków, ale źródłem, z którego dopiero można dobrze służyć.

Nie chodzi więc o to, żeby mniej kochać przez działanie. Chodzi o to, żeby działanie nie przestało być miłością. Żeby nie zamieniło się w ciężar, pretensję i hałas, który zagłusza głos Jezusa. Żeby w środku codzienności znaleźć choć małe miejsce na słuchanie. Bo kiedy człowiek siada u stóp Pana, nawet na chwilę, zaczyna inaczej wracać do swoich obowiązków.

Spokojniej. Pokorniej. Z sercem, które pamięta, że najważniejsze nie jest to, ile zrobię, ale czy w tym wszystkim nie zgubię Tego, który przyszedł do mojego domu.

Nie musisz zasłużyć na miłość Boga

Są zdania, które człowiek niby zna, a jednak bardzo długo uczy się im wierzyć. Jednym z nich jest to, że Bóg kocha nas za darmo. Bez wcześniejszego wykazania się, bez udowadniania swojej wartości, bez duchowego CV, bez listy zasług, które można położyć przed Nim i powiedzieć: „Teraz już chyba mogę być kochana”.

W teorii brzmi to prosto. W praktyce wielu z nas nosi w sercu przekonanie, że na miłość trzeba zasłużyć. Trzeba być wystarczająco dobrą, cierpliwą, pobożną, pomocną, spokojną, potrzebną, pracowitą, poprawną. Trzeba mniej upadać, mniej się złościć, mniej wątpić, więcej się modlić, bardziej ogarniać życie, częściej robić coś dla innych, rzadziej mieć słabszy dzień. I dopiero wtedy, może, Pan Bóg spojrzy na nas z zadowoleniem. Tylko że to nie jest Ewangelia.

Ewangelia nie mówi o Bogu, który kocha dopiero po zdanym egzaminie z doskonałości. Mówi o Ojcu, który wypatruje syna wracającego z daleka, zanim ten zdąży cokolwiek naprawić. Mówi o Jezusie, który siada do stołu z grzesznikami, dotyka chorych, zauważa odrzuconych, rozmawia z tymi, których inni omijali, i daje nadzieję ludziom, którzy po ludzku mieli już mało czym się pochwalić. Mówi o miłości, która nie zaczyna się od naszej zasługi, ale od Bożego serca.

To wcale nie znaczy, że grzech jest nieważny. Nie znaczy, że można żyć byle jak, bo Bóg i tak kocha. Miłość Boga nie jest pobłażliwością, która udaje, że zło nie rani. Jest miłością, która widzi prawdę dużo głębiej niż my sami. Bóg kocha nas nie dlatego, że grzech nie ma znaczenia, ale dlatego, że jesteśmy Jego dziećmi i nie chce zostawić nas w tym, co nas niszczy. Jego miłość nie głaszcze grzechu po głowie. Ona wyciąga człowieka z ciemności.

Bardzo łatwo pomylić Bożą miłość z ludzkimi doświadczeniami. Jeśli ktoś przez lata czuł, że musi zasługiwać na uwagę, akceptację i czułość, może potem podobnie patrzeć na Boga. Jeśli miłość była dawana tylko za dobre zachowanie, wyniki, posłuszeństwo, bycie miłą, grzeczną, silną albo użyteczną, to serce zaczyna myśleć, że z Bogiem jest tak samo. Że jeśli się postaram, On będzie blisko. Jeśli zawiodę, odsunie się. Jeśli będę lepsza, zasłużę. Jeśli znowu upadnę, stracę prawo, żeby przyjść.

A przecież Jezus pokazuje coś zupełnie innego. On nie czeka, aż człowiek sam się oczyści, żeby dopiero wtedy pozwolić mu podejść. To spotkanie z Nim oczyszcza. To Jego spojrzenie podnosi. To Jego miłosierdzie sprawia, że człowiek zaczyna pragnąć innego życia. Zacheusz nie zmienił się dlatego, że najpierw udowodnił swoją poprawę i wtedy Jezus go zauważył. Jezus zobaczył go na drzewie, wszedł do jego domu, a dopiero ta bliskość poruszyła serce Zacheusza do nawrócenia.

Tak samo jest z nami. Nie muszę najpierw stać się idealna, żeby przyjść do Boga. Przychodzę właśnie dlatego, że bez Niego nie umiem być uzdrowiona. Przychodzę z tym, co słabe, poplątane, wstydliwe i niedokończone. Przychodzę z modlitwą, która czasem jest rozproszona. Z wiarą, która bywa zmęczona. Z sercem, które nie zawsze umie kochać tak, jak powinno. I nie po to, żeby Bóg udawał, że wszystko jest dobrze, ale żeby pozwolić Mu wejść w prawdę o mnie.

Miłość Boga jest pierwsza. Zawsze pierwsza. Zanim człowiek odpowie, zanim się poprawi, zanim zrozumie, zanim zdobędzie się na odwagę spowiedzi, zanim zacznie od nowa. Święty Paweł pisze, że Bóg okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdy byliśmy jeszcze grzesznikami. To zdanie potrafi przewrócić nasze myślenie do góry nogami. Jezus nie oddał życia za ludzi, którzy już byli wystarczająco dobrzy. Oddał życie za grzeszników, za zagubionych, za tych, którzy potrzebowali zbawienia.

To jest centrum chrześcijaństwa. Nie moja zasługa, ale łaska. Nie moje doskonałe wykonanie planu duchowego, ale miłosierdzie Boga. Nie moje „zapracowałam”, ale Jego „kocham”.

Czasem boimy się tak o tym mówić, żeby ktoś nie pomyślał, że skoro Bóg kocha za darmo, to nie trzeba się starać. Tylko że prawdziwie przyjęta miłość nie rozleniwia serca. Ona je przemienia. Człowiek, który naprawdę doświadcza, że jest kochany mimo swojej słabości, nie chce zostać w grzechu. Nie dlatego, że panicznie boi się utraty Bożej akceptacji, ale dlatego, że zaczyna rozumieć, jak cenna jest relacja z Bogiem. Nawrócenie nie jest wtedy próbą kupienia miłości. Jest odpowiedzią na miłość już otrzymaną.

To ogromna różnica.

Jeśli próbuję zasłużyć na miłość Boga, moje życie duchowe łatwo staje się ciężarem. Modlitwa zamienia się w dowód poprawności. Msza święta w obowiązek, który ma zabezpieczyć mnie przed wyrzutami sumienia. Spowiedź w upokarzający raport z porażek. Dobre uczynki w walutę, którą próbuję zapłacić za poczucie bycia w porządku. A przecież modlitwa jest rozmową z Ojcem. Eucharystia spotkaniem z żywym Chrystusem. Spowiedź powrotem do miłosierdzia. Dobre uczynki owocem miłości, a nie rachunkiem wystawionym Bogu.

Nie musisz zasłużyć na miłość Boga, bo dziecko nie zasługuje na miłość ojca tym, że jest bezbłędne. Dziecko jest kochane dlatego, że jest dzieckiem. Może pobłądzić, może zranić, może odejść, może potrzebować przebaczenia i wychowania, ale nie przestaje być dzieckiem. Bóg nie kocha nas jak pracodawca oceniający wyniki. Kocha jak Ojciec, który zna prawdę, ale nie przestaje czekać.

To bardzo ważne zwłaszcza dla tych, którzy noszą w sobie dużo poczucia winy. Czasem człowiek spowiada się, prosi o przebaczenie, a potem nadal żyje tak, jakby Bóg trzymał jego grzechy w ukrytej teczce i w każdej chwili mógł je wyciągnąć. Tymczasem sakrament pokuty i pojednania nie jest udawaniem, że nic się nie stało. Jest prawdziwym przebaczeniem. Jeśli Bóg odpuszcza grzech, to nie po to, żebyśmy do końca życia chodzili z głową spuszczoną ze wstydu. Skrucha ma prowadzić do życia, nie do duchowego więzienia.

Są też osoby, które próbują zasłużyć na Bożą miłość przez bycie potrzebnymi wszystkim dookoła. Pomagają, dźwigają, ratują, pocieszają, organizują, pamiętają za innych, nie odpoczywają, nie mówią, że nie mają siły. I może z zewnątrz wygląda to pięknie, ale w środku czasem kryje się lęk: jeśli przestanę być potrzebna, czy nadal będę kochana? Jeśli odpocznę, czy nie będę egoistką? Jeśli powiem „nie”, czy Bóg nie będzie rozczarowany?

Bóg nie kocha nas za użyteczność. Nie kocha nas dopiero wtedy, gdy wszyscy mają z nas pożytek. Jezus sam odpoczywał, odchodził na miejsce pustynne, modlił się, nie odpowiadał na każdą ludzką oczekiwaną natychmiastowość. Miłość nie polega na spaleniu siebie do końca, żeby udowodnić, że zasługuję na miejsce przy Bogu. Miłość rodzi się z relacji z Tym, który pierwszy mnie kocha i uczy mądrze kochać innych.

Nie musisz zasłużyć na miłość Boga także wtedy, gdy twoja modlitwa jest słaba. Gdy przez jakiś czas jej nie było. Gdy wracasz po przerwie i nie wiesz, od czego zacząć. Gdy czujesz się niezręcznie, jak ktoś, kto dawno nie dzwonił do bliskiej osoby i teraz nie umie znaleźć pierwszego zdania. Bóg nie czeka z pretensją przy zamkniętych drzwiach. On już jest po tej stronie, po której zaczyna się powrót. Wystarczy powiedzieć najprościej: „Panie, jestem. Nie umiem pięknie, ale chcę wrócić”.

Wiara nie dojrzewa przez zaciskanie zębów i ciągłe udowadnianie Bogu, że jesteśmy warci Jego spojrzenia. Dojrzewa przez przyjmowanie łaski i odpowiadanie na nią konkretnym życiem. Przez modlitwę, sakramenty, Słowo Boże, przebaczenie, uczciwość, miłość bliźniego, pracę nad sobą. To wszystko jest ważne, ale nie jako cena za miłość. Raczej jako droga człowieka, który już został pokochany i chce żyć coraz bardziej w tej miłości.

Może dziś warto zatrzymać się przy tej prawdzie bardzo spokojnie. Bóg nie kocha mnie bardziej wtedy, gdy mam dobry dzień duchowy, i mniej wtedy, gdy jestem zmęczona, rozproszona albo słaba. Jego miłość nie skacze razem z moim nastrojem, nie maleje po każdym potknięciu, nie zależy od tego, czy sama siebie potrafię zaakceptować. Jest wierna, bo On jest wierny.

To nie odbiera odpowiedzialności. Przeciwnie, pozwala ją unieść bez rozpaczy. Mogę zobaczyć swój grzech i nie uciekać. Mogę przeprosić i zacząć od nowa. Mogę pójść do spowiedzi nie jak skazaniec, ale jak dziecko wracające do Ojca. Mogę pracować nad sobą nie z lęku przed odrzuceniem, ale z pragnienia większej miłości. Mogę odpocząć, wiedząc, że moja wartość nie zależy od liczby wykonanych zadań.

Nie musisz zasłużyć na miłość Boga.

Nie musisz przynieść Mu idealnego serca, żeby On chciał je przyjąć. Przynieś prawdziwe. Takie, jakie jest dzisiaj. Z wdzięcznością i z raną. Z pragnieniem dobra i z miejscem, które jeszcze potrzebuje uzdrowienia. Z wiarą i z pytaniami. Z nadzieją i ze zmęczeniem.

Bóg nie kocha wyobrażonej, lepszej wersji ciebie, która może kiedyś wreszcie będzie wystarczająca. Kocha ciebie teraz. I właśnie ta miłość, przyjęta naprawdę, ma moc przemieniać wszystko, czego sama nie potrafisz w sobie naprawić.

Nie trzeba na nią zapracować.

Trzeba pozwolić się kochać.

„Jak uprościć życie” ks. Krzysztofa Grzywocza – mniej, żeby odnaleźć to, co naprawdę ważne

Żyjemy w świecie, który bardzo łatwo pomylić z obfitością. Mamy więcej możliwości, więcej informacji, więcej rzeczy, więcej wyborów i coraz więcej sposobów na to, by wypełnić każdą minutę dnia. Paradoksalnie właśnie dlatego tak wielu ludzi czuje się zmęczonych, przytłoczonych i zagubionych. Audiobook „Jak uprościć życie” ks. Krzysztofa Grzywocza trafia dokładnie w ten punkt. Nie proponuje modnego minimalizmu rozumianego jako pozbywanie się rzeczy, ale znacznie głębsze uporządkowanie życia: rozeznanie, co jest naprawdę ważne, a co tylko zajmuje miejsce w sercu, głowie i codzienności.

Nagranie ukazało się nakładem 2RYBY.PL w 2018 roku i trwa około trzech godzin. Jest to autentyczny głos ks. Krzysztofa Grzywocza, a nie tekst przeczytany przez lektora. Wydawca wskazuje, że materiał dotyczy między innymi porządkowania życia, zaufania sobie i innym, odróżniania spraw pierwszorzędnych od drugorzędnych oraz związku między prostotą i ufnością. Zredagowana wersja tych samych treści została później wydana również w formie książki „Jak smakować życie”.

Już sam punkt wyjścia tych rozważań jest bardzo aktualny. Ks. Grzywocz zauważa, że coraz wyższy komfort życia niekoniecznie prowadzi do większego pokoju. Wręcz przeciwnie: kolejne możliwości rodzą kolejne potrzeby, a mnogość wyborów potrafi odebrać człowiekowi zdolność spokojnego przeżywania tego, co już otrzymał. Wydawca streszcza ten problem obrazem człowieka biegnącego wewnątrz koła, które sam napędza – im szybciej biegnie, tym bardziej jest zmęczony.

I właśnie tutaj pojawia się duchowy sens prostoty. W chrześcijaństwie prostota nie oznacza przecież ubóstwa dla samego ubóstwa ani rezygnacji z wszystkiego, co dobre. Chodzi raczej o wolność serca. O umiejętność powiedzenia sobie: tego potrzebuję, a tego już nie; to prowadzi mnie ku Bogu i ludziom, a to tylko zabiera mi siły. Ks. Grzywocz ujmuje to bardzo trafnie: aby dojść do celu i nie ustać po drodze, trzeba zabrać tyle, ile rzeczywiście jest potrzebne – ani za dużo, ani za mało.

Ta myśl bardzo mocno kojarzy mi się z Ewangelią. Jezus nie komplikuje. Kiedy mówi o tym, co najważniejsze, prowadzi do miłości Boga i bliźniego. Kiedy wysyła uczniów, każe im nie obciążać się niepotrzebnym bagażem. Kiedy Marta jest pochłonięta wieloma sprawami, przypomina jej, że potrzeba naprawdę niewiele, a właściwie tylko jednego. Prostota chrześcijańska nie jest więc pustką. Jest takim uporządkowaniem życia, żeby to, co najważniejsze, nie ginęło pod stertą spraw pilnych, atrakcyjnych i pozornie koniecznych.

Bardzo ważnym wątkiem audiobooka jest także rozróżnienie między tym, co pierwszorzędne, a tym, co drugorzędne. W praktyce właśnie tutaj najczęściej zaczynają się nasze komplikacje. Człowiek potrafi poświęcić ogrom energii rzeczom, które za kilka lat nie będą miały większego znaczenia, a równocześnie odkładać rozmowę z bliskim, odpoczynek, modlitwę czy zwyczajne bycie razem. W omówieniu treści audiobooka pojawia się również pytanie, dlaczego zamykamy się na miłość. To ważne, bo ostatecznie prostota według ks. Grzywocza nie prowadzi do chłodnego porządku ani perfekcyjnej organizacji. Ma prowadzić do większej zdolności kochania.

Szczególnie porusza mnie w tych rozważaniach myśl o zgodzie na pewne ubóstwo. Nie da się przeczytać wszystkich książek, odbyć wszystkich podróży, poznać wszystkich ludzi, spróbować wszystkiego i wykorzystać każdej możliwości. Próba posiadania wszystkiego kończy się często tym, że niczego naprawdę nie przeżywamy. W opublikowanym później tekście ks. Grzywocza pojawia się bardzo podobna myśl: żeby coś naprawdę „smakować”, trzeba zgodzić się, że nie można mieć wszystkiego.

To bardzo ewangeliczne. Człowiek ubogi duchem nie jest kimś pozbawionym wartości czy możliwości. Jest kimś, kto nie musi posiadać wszystkiego, żeby czuć się bezpiecznie, bo jego oparcie znajduje się gdzie indziej. W Bogu. W relacjach. W wdzięczności. W świadomości, że życie nie musi być wypełnione po brzegi, aby było pełne.

„Jak uprościć życie” nie jest więc audiobookiem o tym, jak perfekcyjnie zaplanować dzień ani jak uporządkować szafę. To zapis duchowej refleksji nad tym, dlaczego tak łatwo gubimy to, co najważniejsze, i jak wrócić do życia bardziej świadomego. Ks. Grzywocz mówi prostym językiem, ale nie upraszcza człowieka. Przeciwnie – z charakterystyczną dla siebie uważnością prowadzi do pytań o zaufanie, relacje, miłość, wolność i sens codziennych wyborów.

Moim zdaniem najlepiej nie słuchać tego nagrania jednym ciągiem w tle. Warto zostawić sobie przestrzeń na ciszę, bo wiele zdań potrzebuje czasu. To prawie trzy godziny materiału, ale jego wartość nie polega na ilości informacji. Najwięcej dzieje się wtedy, kiedy po jednym zdaniu człowiek wyłącza nagranie i zaczyna pytać siebie: z czego naprawdę nie potrafię zrezygnować? Co w moim życiu jest pierwszorzędne? Co niepotrzebnie dźwigam? Czy moja codzienność daje miejsce Bogu i ludziom, których kocham?

Po wysłuchaniu „Jak uprościć życie” zostaje we mnie przede wszystkim przekonanie, że prostota nie oznacza życia uboższego. Czasem jest dokładnie odwrotnie. Kiedy odłożymy to, co zbędne, zaczynamy zauważać to, co wcześniej ginęło w hałasie: obecność drugiego człowieka, wdzięczność, odpoczynek, modlitwę, zwykły dzień i Boga, który nieustannie przychodzi właśnie w tym, co zwyczajne.

Może więc nie potrzebujemy jeszcze więcej. Może bardziej potrzebujemy odwagi, żeby wybrać mniej – ale naprawdę dobrze.

Modlitwa za tych, którzy nie mają wakacji

Wakacje mają w sobie obietnicę odpoczynku. Nawet samo słowo brzmi lekko, jakby człowiek mógł na chwilę odłoży ć ciężar, zamknąć drzwi za codziennym pośpiechem, wyjść na słońce i przypomnieć sobie, że życie nie składa się wyłącznie z obowiązków. Dzieci czekają na wolne od szkoły, rodziny planują wyjazdy, ktoś pakuje walizki, ktoś szuka noclegu, ktoś odlicza dni do urlopu. Wokół nas łatwo wtedy zobaczyć zdjęcia z plaży, gór, jeziora, kawy wypitej bez pośpiechu i pięknych zachodów słońca. A jednak nie wszyscy mają wakacje.

Są ludzie, dla których lato nie oznacza odpoczynku, tylko dalszą pracę, dyżury, zmęczenie, opiekę nad kimś bliskim, chorobę, samotność albo troski, których nie da się spakować do walizki i zostawić w domu. Są rodzice, którzy nie wyjeżdżają, bo nie mają za co. Są osoby pracujące wtedy, gdy inni odpoczywają: lekarze, pielęgniarki, ratownicy, kierowcy, sprzedawcy, kelnerzy, pracownicy hoteli, księża, opiekunowie, rolnicy, osoby sprzątające, ludzie na nocnych zmianach. Są chorzy, którzy widzą lato przez okno szpitala albo własnego pokoju. Są starsi, którzy nie mają już siły na podróże. Są samotni, dla których wakacyjne zdjęcia innych jeszcze mocniej przypominają o pustym stole i ciszy w mieszkaniu.

Są też tacy, którzy teoretycznie mają wolne, ale ich serce nie potrafi odpocząć. Bo noszą żałobę, lęk o przyszłość, trudne relacje, problemy finansowe, depresję, przemęczenie albo taki rodzaj smutku, którego nie widać na zewnątrz. Można siedzieć w pięknym miejscu, a w środku nadal być daleko od pokoju. Można mieć kilka dni urlopu, a jednocześnie nie umieć zostawić napięcia, odpowiedzialności i trosk, które idą za człowiekiem wszędzie.

Dlatego modlitwa za tych, którzy nie mają wakacji, jest bardzo potrzebna. Nie po to, żeby komuś z daleka współczuć w sposób wygodny i bezpieczny, ale żeby rozszerzyć serce. Żeby w czasie, gdy sami odpoczywamy albo choćby tylko próbujemy złapać trochę oddechu, nie zapomnieć o tych, którzy nadal niosą ciężar dnia. Chrześcijaństwo uczy nas patrzeć dalej niż własny kalendarz, własny urlop i własne potrzeby. Uczy, że odpoczynek, jeśli jest przeżywany z Bogiem, nie zamyka serca na innych, ale czyni je bardziej uważnym.

Pan Jezus widział ludzi zmęczonych. W Ewangelii nie przechodzi obojętnie obok tych, którzy są utrudzeni, głodni, chorzy, zagubieni, obciążeni codziennością i grzechem. Mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. To zdanie jest bardzo bliskie właśnie tym, którzy nie mają wakacji. Tym, którzy nie mogą po prostu wyjechać, wyłączyć telefonu, zamknąć laptopa, położyć się na plaży albo powiedzieć: teraz nic mnie nie obchodzi. Jezus nie obiecuje im lekkiego życia bez trudu, ale obiecuje swoją obecność i pokrzepienie, którego świat często nie potrafi dać.

Warto modlić się za ludzi pracujących w wakacje. Za tych, którzy wstają wcześnie, wracają późno, obsługują innych, czuwają nad bezpieczeństwem, prowadzą samochody, dyżurują w szpitalach, przygotowują posiłki, sprzątają pokoje, odbierają telefony, pracują w upale, na nogach, w stresie, czasem bez jednego spokojnego dnia. Warto prosić Boga, żeby dał im siły, cierpliwość, życzliwych ludzi wokół i choćby małe chwile odpoczynku, które naprawdę odnawiają serce.

Warto modlić się za rodziców, którzy nie mają wakacji, choć ich dzieci mają wolne. Za tych, którzy próbują pogodzić pracę, opiekę, półkolonie, wyjazdy, posiłki, rachunki i dziecięce potrzeby. Za mamy i ojców, którzy czują, że lato jest piękne, ale logistycznie potrafi ich przerosnąć. Za tych, którzy nie mogą dać dzieciom wyjazdu, o jakim marzą, i w sercu noszą cichy ból, że znowu trzeba tłumaczyć, dlaczego zostajemy w domu. Pan Bóg widzi tę miłość, która nie zawsze wygląda jak atrakcje i zdjęcia, ale często jak codzienne ogarnianie życia z ostatnich sił.

Warto modlić się za chorych i starszych. Za tych, którzy nie pojadą nad morze, bo ciało już nie pozwala. Za tych, którzy od dawna nie byli nigdzie dalej niż u lekarza, w aptece albo na krótkim spacerze. Za pacjentów w szpitalach, osoby po operacjach, ludzi w domach opieki, tych, którzy w upalne dni czują się jeszcze słabsi. Dla nich wakacje innych mogą być radością, ale mogą też boleć. Modlitwa za nich jest jak ciche powiedzenie: nie jesteście zapomniani. Wasze życie ma wartość także wtedy, gdy nie jest pełne planów, podróży i nowych miejsc.

Warto modlić się za samotnych. Lato potrafi samotność wyostrzyć. Kiedy inni wyjeżdżają, spotykają się, wrzucają zdjęcia z rodziną i przyjaciółmi, ktoś może jeszcze mocniej poczuć, że nie ma z kim pójść na spacer, wypić kawy, porozmawiać wieczorem, podzielić się zwykłym dniem. Samotność nie zawsze krzyczy. Często siedzi cicho przy stole, udaje, że już się przyzwyczaiła, a jednak bardzo potrzebuje czyjejś obecności. Czasem nasza modlitwa powinna pójść dalej i stać się telefonem, wiadomością, odwiedzinami, zaproszeniem albo zwykłym pytaniem: jak się dziś czujesz?

Bo modlitwa nie zwalnia nas z miłości. Ona do niej prowadzi. Jeśli modlę się za tych, którzy nie mają wakacji, dobrze zapytać siebie, czy mogę zrobić coś konkretnego. Może komuś pomóc, kogoś odciążyć, podziękować osobie, która pracuje, nie narzekać na drobiazgi, być cierpliwszą wobec kelnera, sprzedawcy, kierowcy, pielęgniarki, księdza, który w upalny dzień słucha kolejnej trudnej historii. Może zaprosić starszą osobę na spacer, zaproponować opiekę nad dzieckiem, wysłać komuś dobre słowo, pomodlić się za pracujących w mojej miejscowości. Małe gesty nie rozwiążą wszystkich problemów, ale mogą stać się znakiem Bożej bliskości.

W tej modlitwie warto też pamiętać o tych, którzy nie odpoczywają duchowo. O ludziach, którzy nie umieją zatrzymać się przy Bogu, bo są zbyt poranieni, rozproszeni albo zmęczeni. O tych, którzy dawno nie byli u spowiedzi, nie mają siły wejść do kościoła, nie umieją już wypowiedzieć prostego „Panie, pomóż”. O tych, którzy noszą w sobie gniew na Boga, żal, poczucie opuszczenia albo przekonanie, że i tak nikt ich nie słyszy. Właśnie za nich Kościół modli się szczególnie cicho i wytrwale, bo nie każde serce ma siłę samo wrócić do źródła.

Nie każdy odpoczynek jest wyjazdem. Czasem odpoczynkiem jest jedna spokojna godzina, sen bez lęku, rozmowa bez pośpiechu, chwila w kościele, kubek herbaty wypity w ciszy, dobry człowiek obok, poczucie, że ktoś pamięta. Może właśnie o takie małe wytchnienia warto prosić dla tych, którzy nie mają wakacji. O oddech w środku obowiązków. O pokój w sercu, którego nie da się kupić. O siły na kolejny dzień. O ludzi, którzy nie będą dodatkowym ciężarem, ale pomocą. O obecność Boga tam, gdzie po ludzku nie ma już miejsca na odpoczynek.

Modlitwa za tych, którzy nie mają wakacji

Panie Jezu,
przychodzę dziś do Ciebie z myślą o wszystkich, którzy nie mają wakacji. O tych, którzy pracują, dyżurują, opiekują się innymi, chorują, są samotni albo noszą w sercu ciężar, od którego nie da się wyjechać.

Bądź blisko ludzi zmęczonych. Daj im siłę na kolejny dzień, cierpliwość w trudnych chwilach i choćby małe momenty prawdziwego wytchnienia. Niech poczują, że ich codzienny trud nie jest niewidzialny dla Ciebie.

Proszę Cię za rodziców, którzy nie odpoczywają, choć bardzo tego potrzebują. Za tych, którzy martwią się o dzieci, pieniądze, pracę i zwykłe sprawy domu. Daj im mądrość, pokój serca i ludzi, którzy okażą im pomoc zamiast oceny.

Proszę Cię za chorych, starszych i samotnych. Za tych, którzy lato oglądają przez okno, którzy tęsknią za bliskimi, którzy czują się zapomniani. Otocz ich swoją czułą obecnością i poślij do nich ludzi dobrego serca.

Proszę Cię za wszystkich pracujących wtedy, gdy inni odpoczywają. Za lekarzy, pielęgniarki, ratowników, kierowców, sprzedawców, kelnerów, opiekunów, księży, rolników i wszystkich, których praca służy innym. Daj im bezpieczeństwo, szacunek, wytrwałość i spokojny odpoczynek wtedy, gdy będzie to możliwe.

Panie Jezu, naucz mnie nie zamykać serca tylko na własny odpoczynek. Daj mi uważność na tych, którzy są obok, i gotowość do małego dobra. Niech moja modlitwa stanie się także życzliwością, wdzięcznością, cierpliwością i konkretną pomocą.

Maryjo, Matko czuła i uważna, otul swoją opieką tych, którzy są utrudzeni.
Święty Józefie, patronie ludzi pracy, wspieraj wszystkich, którzy niosą codzienny trud.
Jezu, daj odpoczynek sercom, które nie mają wakacji.

Amen.

Może właśnie w wakacje szczególnie warto pamiętać, że odpoczynek nie jest czymś oczywistym dla wszystkich. Jeśli możemy go mieć, dobrze przyjąć go z wdzięcznością. Jeśli widzimy kogoś, kto go nie ma, dobrze objąć go modlitwą i życzliwością. Bóg potrafi wejść także w najbardziej zwyczajny, pracowity, cichy i niewidoczny dzień. Potrafi dać pokój tam, gdzie nie ma urlopu, i wytchnienie tam, gdzie człowiek nie może odejść od swoich obowiązków.

A czasem posyła nas, żebyśmy stali się dla kogoś takim małym znakiem Jego troski.

Copyright © Pani od religii